Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi "z duszą":
Korzystam z szablonu
Kulinarnie
|
niedziela, 06 grudnia 2009
I znów od "Mikołaja" się zaczyna ...
... moje blogowanie. ########################################################### Mikołaj przyszedł. Do córki tradycyjnie, nocą, z prezentem położonym w ciszy i skupieniu na taborecie, koło łóżka. Do mnie – podczas zakupów. Zamiast jednej kurtki, dla męża, która od dłuższego czasu była już w planach, zakupiliśmy dwie, w tym jedną dla mnie. W międzyczasie trafiły się jeszcze słuchawki bezprzewodowe, prezent wspólny i wyjątkowo przydatny na niedużej powierzchni mieszkaniowej. Córka zerwała się z łóżka z samego rana, kilka minut po siódmej zaledwie i zrobiła nam pobudkę, obwieszczając że Mikołaj jednak przyszedł i przyniósł jej prezent. A na dodatek dostała rzecz, którą narysowała w liście do świętego, co było dla niej niesamowicie dziwne. Pierwszym pytaniem, które zadała i na które chciała uzyskać natychmiastową odpowiedź, było : “Mamusiu ty naprawdę wysłałaś ten list?”. List leży w mojej szafce, na samym wierzchu tak zwanego bałaganu stulecia. Do diaska! Muszę go w najbliższym czasie schować gdzieś głębiej! To by dopiero była wtopa, gdyby go niechcący znalazła! Do wyczekiwanego przez dziecię pamiętnika, zamykanego kluczykiem na kłódkę, Mikołaj dorzucił kilka nadprogramowych drobiazgów, co było oczywiście wielkim powodem do radości. Najfajniejsze okazały się pchełki. I od samego rana, słychać było powtarzane co kilka minut pytanie: “Mamusiu zagrasz ze mną w pchełki?”, “Tatusiu, zagrasz ze mną w pchełki?”. Dziwnym trafem dziecko wygrywało za każdym razem. Aż zwątpiłam w swoje zdolności motoryczno-ruchowe! *** Dzień zaczął się nie tylko “mikołajem” ale i schizą, wyprodukowaną w głowie matki, czyli mojej własnej i osobistej. No bo dziecko nic nie chce jeść, od wczoraj! Nie ma gorączki, ale jest jakby trochę bardziej ospałe i narzeka na ból brzuszka, choć nie tak wielki by miało mu to przeszkodzić w zabawie. Matka oczywiście, zamiast pomyśleć o zwykłej niestrawności, spowodowanej wypakowaną słodyczami paczką mikołajową z przedszkola, zdiagnozowała na pierwszy rzut oka mononukleozę i “najpewniej jakiś nowotwór”. -No bo zobacz, ona węzły chłonne ma chyba powiększone i brzuch wydęty chyba... -A w tym miejscu to w ogóle są węzły chłonne? Wydawało mi się, że bardziej za uszami? -Na szyi są węzły chłonne... Nie wiem czy akurat w tym miejscu i czy to to, bo pojawia się i znika. Może to żyła jakaś, albo i co? Dziecko ma dziś jechać na urodziny koleżanki, do “raju urwisa”. No i jest dylemat, zawozić ją czy nie? Problem wielki, bo od rana nic nie jadła, a już południe w pełni! I co tu, cholera robić? Matka na głos myśli i polemizuje sama ze sobą. Ojciec próbuje wprowadzić trochę normalności obwieszczając: -Poczekajmy do czternastej, a potem coś postanowimy. Dziecko próbuje iść na kompromis, podsuwając rozwiązanie: -Mamusiu a może ja pojadę, ale nie będę tam tortu jadła, tylko się pobawię!? W końcu, na skutek wspólnej decyzji, zostaje zakupiona butelka coca-coli i dziecię dostaje pół kubka do wypicia. Zjada trochę zupy ogórkowej ze względną chęcią a potem pałaszuje chrupki kukurydziane. Śmierć głodowa mu już nie grozi, także nie jest źle. Na imprezę pojedzie, bo gorączki nie ma ani nie kaszle. Co będzie dalej, czas pokaże. *** Okres przedświąteczny mam już rozplanowany pod względem dni wolnych. Najbliższy tydzień pracuję od poniedziałku do piątku. W kolejnym tylko od poniedziałku do środy, po czym wybieram ostatnie dwa dni urlopu w tym roku. Trzecie tydzień to już święta, bo Wigilia w czwartek, dla nas w tym roku, o dziwo wolna. A potem już z górki, bo Sylwester w kolejny czwartek. Aż wreszcie ... 2010 i cała zabawa zaczyna się od nowa. :D Nie ma to jak powtarzalność. *** Próbuję właśnie dokonać rzeczy możliwej, aczkolwiek niezbyt łatwej, haha, a dokładnie piszę notkę w trakcie smażenia naleśników na drugie danie. Odpukać, idzie mi to nawet nieźle, bo tylko jeden trochę za bardzo zbrązowiał. Nie udało mi się na czas odskoczyć od komputera, pobiec do kuchni i przewrócić go na drugą stronę. Ale reszta prezentuje się całkie, całkiem ... Czyli coś tam jeszcze potrafię...
wtorek, 09 grudnia 2008
dlaczego?
Dlaczego dzieci muszą wspinać się po meblach i robić różne dziwne rzeczy, na przykład ślizgawkę z miękkiego materaca? A potem zjeżdżać z tej ślizgawki, opartej o najwyższy regalik? I przy okazji nabić sobie, na czole, dwa guzy wielkości śliwki? I dlaczego na pytanie matki o samopoczucie, pół godziny po wypadku, odpowiadają: kręci mi się w głowie, nie mogę ustać, boli mnie czółko baaaaaardzo ... A w pięć minut później stoją na biurku, na jednej nodze, w celu ściągnięcia zabawki z najwyższej półki? Dlaczego małe dziewczynki, przynajmniej raz w miesiącu, zakładają swoje różowe kozaczki z wielką błyszczącą kokardą, różowy polarek i liliową kurteczkę, po czym obwieszczają: "ja się wyprowadzam, bo ..."? A potem jednak zostają, skuszone serduszkiem, wyciętym z żółtego sera, całuskiem, porozumiewawczym mrugnięciem oka? Różowe kozaczki lądują w kącie, bo mama przecież czeka? Dlaczego zielona kredka jest taka smaczna i dlaczego tak trudno zmyć ją z małych warg i wydłubać z dziecięcych zębów? Dlaczego, gdy mruczę pod nosem "dajcie mi kaloryfer" - moje dziecko odpowiada pogodnie - "zaraz ci przyniosę mamusiu"?
poniedziałek, 20 października 2008
armia dziadków i cisza w kawie
Nie chce mi się nic. Tak mi się nie chce, że aż z tego niechciejstwa notkę napiszę. Udało mi się dzisiaj wstać o 5.30, czyli zgodnie z założonym, wczoraj, planem. I ... miałam całą kuchnię dla siebie, tudzież całą łazienkę i cały święty spokój, jaki tylko z rana panować może ... Małż z racji choroby został dziś w domu, dziecko również, tylko że ono w ramach rekonwalescencji. I w ten sposób, zaraz po przebudzeniu się wypiłam w ciszy kawę, zjadłam kawałek wczorajszej pizzy i spokojnie szykowałam się do pracy. Żadnego zamieszania, komp kuchenny (mój zresztą) wolny, stół również. Nikt nie pałętał się, bez potrzeby, pod nogami i nie wkurwiał bladym świtem ... Echhh, codziennie mogłoby tak być. W pracy trochę monotonii w postaci papierkowej roboty i armii "dziadków" - interesantów, po zagubione lub zapomniane dane z mojego kompa. Zazwyczaj różni ludzie przychodzą i kobiety, i mężczyźni, i starsi, i młodsi, do wyboru, do koloru ... A dziś, jak na zamówienie - sami mężczyźni, średnia wieku ok. 60-70 lat. Jedni bardziej rozmowni, drudzy mniej. Żartownisie, smutasy, zadbani, olewusy, pod krawatem, w wytartych swetrach ... Jak w życiu. Miałam dziś, po pracy, do księgarni podskoczyć, zaraz po zrobieniu zakupów, ale jakoś tak wyszło, że przeholowałam i za dużo tych zakupów zrobiłam, zanim do sklepu z knigami dotarłam. Pewnie niektóre z nich, mogłabym sobie spokojnie odpuścić, ale za późno o tym pomyślałam. Nowy mózg by mi się chyba przydał, albo intelekt sprawniejszy, a nie taki przytłumiony, jak mój własny w ostatnich tygodniach. Ale wracając do tematu: obładowana siatami, niczym wielbłąd, zrezygnowałam ze szczegółowego oblukania książek. Przeleciałam między półkami i stwierdziwszy, że mi jakoś dziwnie ciężko, a poza tym nie mam wolnej ręki, pognałam do domu. Boshhhhh, chyba naprawdę źle dzis ze mną, skoro szczegółowo dzień próbuję opisać i jakoś tak bez ładu, i składu, i sensu większego. Bleee ... nic mi nie wychodzi. No może jeno kotlety pożarskie fajne mi dziś wyszły, z serem żółtym w środku. Tylko, że co ja się nagimnastykowałam, żeby ten ser w środku kotletów ładnie umieścić, co by nie wypłynął i w ogóle, to potem dziecko na głowie stawało i wydłubywało ową uczynioną przeze mnie, żółtą zawartość, układając ją artystycznie na brzegu talerzyka. No bo ser żółty w kotlecie, to przecież jest bleee... W przedszkolu owszem, ciągnące się kotlety sa "MAMOOO PYSZNNEEEE!!!". Ale w domu? W domu - oczywiście NIEJADALNE!
sobota, 18 października 2008
matka-wariatka
Ojććććć ... nie wiem po co ja tu dziś piszę, ale jakoś tak wyszło... Dziecko biega po domu, we własnoręcznie zrobionej koronie, z wielkim sercem, naklejonym od frontu, a na tym sercu maleńkie serduszka wyrysowane. Do tego papierową bransoletę, obowiązkowo, na ręce nosi i pierścionek, również z papieru wycięty, w jakoweś dziwaczne ornamenty ustrojony. Podchodzi do mnie, maślane łoczęta robi i pyta: "Mamoooo, jestem piękna?" Odpowiadam: "No jesteś, piękna, bardzo piękna, jak świat, boś ty wróżka przecie ..." Dziecko jeszcze nie wie, że ma matkę wariatkę, a mąż nie przeczuwa, że żona szalona i te sprawy... A właśnie, co do małża, zachorzał, zatoki lub tylko zwykła grypa, zobaczymy, co się z choroby rozwinie. Na razie leży w glorii, w naszym małżeńskim łożu i wielkodusznie pozwala się obsługiwać. Śniadanko do łóżka, potem rosołek, frytki z kiełbaską i kiszonym ogórasem, i jeszcze deserek, wieńczący całość. Sprawa kolacji - jak na razie - nie została przemyślana. Ale owinięty kocykiem osobnik, dobrze wie, że ją dziś dostanie. Ot, taki z niego ciepły, żywy człowiek, z myślami w głowie i z sercem bijącym, gdzieś w piersiach. Za kochanymi oczami i spojrzeniem delikatnym, spokojnym, szczerym. Rozpoczyna się, dla mnie, era robienia szalików na drutach. W zeszłym roku zaczęłam chyba z dziesieć, skończyłam dwa. W tym roku, pierwszy szalik już zaczęty. RÓŻOWY! Dziecko mordę drze: "Mamo, to dla mnie!" A matka wrednie odpowiada: "NIE! Bo dla mnie!" A tak naprawdę, to mi on do czarnej kurtki bardzo pasi... Nie wiem, po jakiego diabła mi tyle szalików, ale i tak dziergam. Może dlatego je robię, że nic innego nie potrafię? Swetry są za trudne, zaś czapki wychodzą mi dziwne w kszatłcie, jak kondomy. A przecież dłubanie na drutach - wycisza... Boshhhh, głupieję i na mózg mi się życie rzuca. Nawet własne dziecko, ze mnie, się śmieje i wszystkie moje "wielce poważne teksty, z niby przymróżeniem oka", opatruje komentarzem: "Z TAKIEJ MAMUSI, to się można POŚMIAĆ!" No ... żadnego autorytetu i posłuchu ... wrrrr ...
niedziela, 22 czerwca 2008
odgraniczone
Gram bo ze szczęściem jest jak z listem, nie dojdzie jesli go nie wyślesz, albo zły adres na nim wpiszesz. Nie usłyszysz, o nim nic.
Upiekł się karczek na niedzielny obiad. Wytarzany w wielu przypadkowych przyprawach, zapełnił aromatem całą kuchnię. Codzienne czynności, nudne, powtarzalne, stare jak świat, ale wciąż konieczne. W prostocie ponoć sens jest. W byciu tu i teraz. A trawa gdy rośnie, to rośnie, nie myśli o usychaniu, w spalonym słońcu późnego lata. Burczy maszyna do pieczenia chleba, miesza, wibruje, ugniata, pachnie drożdżami, mąką i ciepłem. Coraz więcej spraw załatwiają za nas automaty. Już nie trzeba zanurzać wypielęgnowanych paznokci w miękkim cieście, ucierać pałką biszkoptu, ubijać białek trzepaczką. Opalizujący lakier można, co najwyżej, obtłuc stukając zbyt mocno w klawiaturę, wysłużonego laptopa.
sobota, 02 lutego 2008
Wiecznie piękne, wiecznie młode ...
Hę, i znów zaległości w blogowaniu ... Mógłby ktoś pomyśleć, że mam jeszcze jednego, ukrytego bloga, na którym się wyżywam do woli, bo nikt nie wie, że ja to ja, wobec tego mogę pofantazjować. Któż to wie, wszystko możliwe ;) We wtorek po raz pierwszy zrobiłam sobie sztuczne paznokcie. Miałam dość własnych, wiecznie połamanych, zniszczonych i w ogóle do de .... bleee. Uczucie podczas naklejania tipsów, zakładanie żelu itp., całkiem ciekawe. Najfajniejsze jest to, że wreszcie nie ja się męczę, tylko ktoś siedzi koło mnie i robi mi to tak zwane manikiure. A potem wygoda, rano wstaję, lakieru nie muszę nakładać, odżywkami nieskutecznymi mazać a i tak szponki są cudne. Karnawałowe przez cały czas, nawet gdy karnawał się kończy, ha ha ... No kurczę, tipsiara ze mnie z pełną gębą. Moje dziecko, jak zwykle z głową pełną pomysłów, szaleje po domu i wymyśla nowe zabawy. Wczoraj bawiłyśmy się w sprawdzanie listy obecności. Nie mogła już nic lepszego wymyśleć, eh ... Ona była panią przedszkolanką, a ja jak łatwo się domyslić, dziećmi ... Po upływie trzydziestu minut, miałam dość. Potem uformowała na swoim różowym, plażowym leżaku stos kocy i wdrapała się na niego. Lecę do niej z krzykiem "dziecko, zabijesz się! zejdź stąd!", a ona wskazując na żyrandol obwieszcza głosem, pełnym patosu: - Mamo, popatrz tam leci wielki ptak! Muszę go ocalić !!! Spokój jest w domu tylko wtedy gdy mała śpi, oraz jakieś półtorej godziny po przebudzeniu, bo wtedy dochodzi do siebie ... po spaniu. Dziś była u mnie Michasia z karnawałową wizytą, drinknęłyśmy trochę, wypiłyśmy po kawce i poplotkowałyśmy. Obgadałyśmy kogo się dało, szczególnie znajomych z portalu "Nasza klasa"... Ale oczywiście takie niewinne to obgadywanie było, nic strasznego. Poza tym, doszłysmy do wniosku, że my to zawsze bedziemy piękne i młode, nas czas nie rusza ... No i tak mnie rzuciły dziś wiatry pomyślne na edycję tego bloga ... a skoro już tu sie znalazłam to pomyślałam, że może coś napiszę, naskrobię. Tym bardziej, że sama nie wiem, kiedy tu się ponownie pojawię. Może jutro, a może znów za kilka tygodni.
sobota, 12 stycznia 2008
Polizam ci nosa ...
OSTATNIE, (i nie tylko) TEKSTY AGI:
***Mamo będziemy się bawić, ja wezmę małą lalę, ty weź mamę lalową, ... nie za brzuch, za tyłek i mów !!!!
***Dziś na spacerze: - Mamo, mogę się pohuśtać na huśtafce? Huśtawka w półmetrowym jeziorze wody stoi. Mówię więc: - Nie. Aga na to: - Ale tylko raz się pohuśtam. Ja: - Zobacz, huśtafka stoi w wodzie, będziesz miała spodnie mokre do kolan ... Aga: - No przecież mówię, że tylko raz się pohuśtam i tylko raz będę miała mokre spodnie!!! Nie rozumiesz ?!!
***W samochodzie (jedziemy do domu, po odebraniu Agi z przedszkola) Aga: - Gdzie jedziemy? Ja: - Do domu. Aga: -Ja nie chcę do domu, ja chcę do Leclerca!!!! Ja: - Nie jedziemy dziś do Leclerca, bo na razie wszystko w domu jest i nie mamy tam nic do kupienia. Aga: - Tak?? A macie LIZACZKI ???? (Aga jest fanką "czupa-czupsów" i akurat dzień wcześniej zjadła ostatniego...)
***Ktoś dzwoni domofonem... Małż idzie sprawdzić, kto to, wpuszcza do bloku listonosza. Aga (biegnie szybko do drzwi, o mało nóg nie połamała) - Kto to? Kto to? Święty Mikołaj ????
***Scena mrożąca krew w żyłach ... Po przyjściu z przedszkola, Aga stwierdza że jest głodna. Proponuję jej 2 parówki z kajzerką i ogórkiem kiszonym. Aga wyraża zgodę. W związku z tym daję jej parówki do obrania z foliowej skórki, a sama planuję zająć się wstawieniem wody na ogień. Ale zapominam o tym, kroję spokojnie ogórka na talerzyk ... i zatapiam się w marzeniach. Gdzieś w oddali słyszę przesuwanie krzesła, po podłodze. Nagle Aga głośno mówi: - Mamo!!! Patrzę, a moje dziecko przysunęło sobie taboret do kuchenki i wlazło na niego. Stoi, trzymając rękę z parówkami tuż nad garem z olejem, w którym kiedyś smażyły się frytki i pyta: - Mamo czy to jest ta woda, do której mam wrzucić parówki ???? ------------------------------------ Szczerze powiedziawszy, jestem w szoku, że zanim wrzuciła - zapytała ...
niedziela, 06 stycznia 2008
KRYPTOREKLAMA ;D
Zapraszam na bloga kulinarnego: http://kuchniamichasi.blox.pl/htm Blog założony został przez Michasię73. Polecam wszystkim, którzy nie mają pomysłu na kolejny posiłek: obiad, śniadanie, kolację itp. Poza tym: przepisy na ciasta, sałatki, szybkie dania, dietetyczne potrawy i wiele, wiele innych ciekawych rzeczy.
sobota, 05 stycznia 2008
Piękne chwile wyrodnej matki ...
Dziecko już od czwartku pomieszkuje u babci. Aga miała tam być tylko jeden dzień i jedną noc, z czwartku na piątek, ale ... w piątek stwierdziła, że u babci jej dobrze i nie chce wracać. Wczoraj wieczorem zadzwoniłam i dziadkowie zdecydowali że odwiozą ją jednak w sobotę. Ok., dziś sobota, dzwoni moja mama i mówi: - Wy to się w ogóle nie interesujecie dzieckiem ani nie dzwonicie, ani nic, ona wam nie jest potrzebna ... Ja na to: - No przecież krzywda jej się u was nie dzieje. Je o wiele ładniej niż w domu, zadowolona, szczęśliwa, podtuczy się trochę, to ją odbierzemy ... Mama: - Właśnie, bo ja chciałam powiedzieć, że skoro ona wam nie jest potrzebna, to jej nie oddamy dzisiaj. Tym bardziej, że ona wcale nie chce wracać, mówi że u nas jest jej lepiej. Ja: - To fajnie, cieszę się, że jej się u was podoba ! Kontakt z dziadkami dla dziecka też jest przecież ważny... :> Mama: - Dlatego jednak jej dziś nie przywieziemy, oddamy ją dopiero jutro. I w związku z tym mam kolejny dzień wolnego. Nadrabiam zaległości robocze w domu. Zrobiłam już kilka prań, choć jeszcze jedno czeka w kolejce, posprzątałam, ugotowałam na zapas itp, itd. Komputer wyłączony przez większość czasu, żeby nie kusił i nie krzyżował planów. Z nieobecności dziecka skorzystał też małż, którego akurat dopadło ostre zapalenie zatok i ucha. Rozgorączkowany strasznie leży na podusiach, ogląda telewizję, bo nie ma siły siąść przy kompie i jest należycie pielęgnowany przez małżonkę, która ma dla niego dużo czasu, jak nigdy. A ja mam w planach wieczór dla siebie, jakieś SPA domowe w wysprzątanej i pachnącej łazience, opiłowanie i pomalowanie pazurków, potem winko sylwestrowe, którego wtedy nie ruszyłam, gdyż byłam chora, telewizja, komp i książka ... NIECH ŻYJE SWOBODA !!!! | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||